ZAMKNIJ
Wpisz słowo, którego szukasz w polu poniżej, a następnie kliknij "szukaj".
Kategoria wpisu:

"Nowe życie. Jak największe umysły wszech czasów odkryły, skąd się biorą dzieci"

Autor: Tosia

O tej książce powstały aż trzy wpisy.

I.

Skąd się biorą dzieci?

Najbardziej znane wudeżetowe pytanie, stereotypowy koszmar wszystkich rodziców i temat wielu ułatwiających im zadanie książek. A po wpisaniu w Google "skąd się biorą" miałam do wyboru jeszcze wszy i sny.

Ale ja dziś chciałam parę słów o historii. Czy wiecie, że jako ludzkość odpowiedź na to pytanie znamy dopiero od 1875 roku? To dlatego, że kluczowe elementy tej układanki są dobrze ukryte i dosyć małe. I w sumie dosyć to wszystko skomplikowane. Dodatkowo sprawę utrudniało łączenie wiedzy z religią - jak tu połączyć nieskoordynowane ruchy i łączące się wydzieliny z ideałem boskiego stworzenia?

Po drodze były różne ciekawe teorie. Znałam tę o małych ludzikach w spermie, które po stosunku rozwijają się w łonie kobiety. Ale nie wiedziano, dlaczego w takim razie niektóre dzieci są bardzo podobne do matek. Za to tę że zdjęcia poznałam wczoraj dzięki książce Edwarda Dolnicka "Nowe życie. Jak największe umysły wszech czasów odkryły, skąd się biorą dzieci". Pokaźnej grubości jest to dzieło, więc trochę mi zajmie, może jeszcze jakieś ciekawostki tu wpadną.

II.

Okazuje się, że historia poszukiwania początków życia to tak naprawdę historia wielu śmierci. Aby dokładnie zbadać układ rozrodczy człowieka, potrzebny jest człowiek, którego można pokroić, żeby mu tam zajrzeć, a więc człowiek martwy. Najłatwiejszym łupem dla naukowców byli straceni przestępcy i osoby, po których ciała nikt się nie zgłosił po śmierci w szpitalu. Ale zapał był często większy i chętnych wielu, więc rozwinęła się gałąź usług, polegająca na dostarczaniu obiektów sekcji za pieniądze.

Znalazło się więc i takich dwóch dostawców ciał, którzy szukali żywych egzemplarzy i je mordowali. A ich zleceniodawca na wszelki wypadek o nic nie pytał tylko kroił.

Gdy proceder ten został wykryty, jeden z tych dwóch został zwolniony, bo zeznawał przeciwko koledze, a drugi został powieszony. Jego ciało skończyło tak samo jak ciała jego ofiar. Z jego szkieletu pożytek jest do dziś, ponieważ oglądać go można w Szkole Medycznej w Edynburgu.

P.S. A kilka rozdziałów dalej poczytać można o panu de Graafie. Na jego cześć jajniki produkują pęcherzyki Graafa (oczywiście jajniki o tym nie wiedzą, tylko my tak nazywamy te pęcherzyki). Tenże naukowiec odpowiadając jednemu ze swoich naukowych przeciwników napisał - jak poważny i merytoryczny człowiek - o tak: "Twoja książka wyszła z twojej dupy, a nie głowy". Taka trochę patointeligencja...

III.

Rety, nawet nie wiecie, jak bardzo polecam tę książkę!

Napisałam już dwa posty na jej temat – ten będzie ostatni, obiecuję, już ją skończyłam. To najgrubsza książka, którą przeczytałam od dawna! I chyba najszybciej przeczytana. Dlaczego?

Przede wszystkim jest ciekawa. Bardzo lubię, jak ktoś się porządnie zajmie jakimś wycinkiem historii, a tutaj: historii nauki. Ubolewam nad tym, że historia w szkole dotyczy głównie wojen i polityki. W ogóle mnie to nie interesuje. I bardzo późno odkryłam, że historia może się też zajmować sprawami, nazwijmy to, obyczajowymi. I okazało się, że to jest często ciekawe. Oczywiście ten temat zajmuje mnie z zawodowych powodów, ale tak ją przeżywałam, że opowiadałam osobom spoza branży i też były zaciekawione.

Po drugie, ta książka jest wygodnie napisana. Dzięki temu czyta się szybko. Ma dosyć krótkie rozdziały, więc nawet jak się ma mało czasu, to za jednym posiedzeniem (nawet do posiłku) można przeczytać zamkniętą całość, a nie przerywać w pół zdania. A nawet jak trzeba nagle zająć się czymś innym, to jest dużo takich jakby podrozdziałów i tam też można się zatrzymać.

No i jest zabawna – nie tylko dzięki temu, że teorie naukowe sprzed lat są zadziwiające i często śmieszne, ale także dzięki poczuciu humoru autora. Dodatkowo pomaga on czytelnikom i gdy wymienia jakieś nazwisko, to dodaje w nawiasie, że to ten, co go już poznaliśmy i on był od tego a tego pomysłu. Bo przecież wiadomo, że większość ludzi nie zapamiętuje tych nazwisk, jeśli akurat to nie jest Newton czy Kartezjusz.

I jeszcze dodam, że autor podkreśla często, żeby nie patrzeć na dawnych naukowców z pobłażaniem ani wyższością i tłumaczy, dlaczego nie mieli czasem szans, żeby wcześniej odkryć, jak jest naprawdę. Choć czasem mieli. Często byli naprawdę blisko, widzieli już coś niesamowitego, nowego i wyciągali z tego błędne wnioski. Tak jak z plemnikami. Gościu, które je zobaczył jako pierwszy, uznał, że to… robaczki. Zobaczył przecież wcześniej żyjątka w wodzie i właściwie we wszystkim, co podłożył pod swój pra-mikroskop. I uznali, że te robaczki są pasożytami, ewentualnie ich ruch służy do mieszania spermy. Ale z zapłodnieniem to one na pewno nie mają nic wspólnego. No bo jak? Robaczek tworzy człowieka? No ale skąd mieliby wiedzieć o komórkach, DNA i innych tego typu. To pozostało tajemnicą jeszcze długo.

Naprawdę, czyta się trochę jak kryminał. Zwłaszcza pod koniec, jak już są tuż-tuż od rozwikłania zagadki i jeszcze gdzieś się gubią… Mimo że od początku wiadomo, kto zabił. A raczej, jak się narodził 🙂

MOŻE CI SIĘ PODOBAĆ RÓWNIEŻ

Tu mnie znajdziesz:

crossmenu